Ksiądz Jasiński o sprzedaży #169; fawleycourt Ksiądz Jasiński o sprzedaży © fawleycourt
Aktualnie jesteś: 
fawleycourt Prasa o sprzedaży Fawley Court Ksiądz Jasiński o sprzedaży

Ksiądz Jasiński o sprzedaży


e-mail: savefawley@hotmail.com 





Źródło: www.nowyczas.co.uk

June 10, 2009

Po co nam dziedzictwo narodowe?






Informacja o planach sprzedaży Fawley Court wzbudzała emocje, a sama sprzedaż, już dokonana, takich emocji nie wzbudza. Emocje brały się z bezradności, co z tym obiektem zrobić. Więc jak obiektu już nie ma, nie ma też bezradności i związanych z tym emocji. Taki wywód przedstawił ksiądz Wojciech Jasiński, przełożony Fawley Court. Nie wiedziałem, że księża są też specjalistami od emocji.
Od duchowości tak, teologii - jak najbardziej, ale emocje… Zawsze myślałem, że nauka zajmująca się emocjami to świecki wymysł, nawet szatański, który to, co nadprzyrodzone sprowadza do zewnętrznych zachowań człowieka. Przyczyna i skutek, chemia i geny - tylko to się liczy, a wnioski są naukowo udowodnione.

Cyniczne wypowiedzi księdza Jasińskiego, wzorowane na twardych regułach interesu, lekceważą drugiego człowieka, któremu, jak sam twierdzi, chce służyć.

Często słyszę - księża są też ludźmi i ulegają ludzkiej ułomności. Nie sposób temu zaprzeczać, niemniej jednak to właśnie ksiądz z racji swojego powołania powinien unikać ludzkich słabości, lekceważenia wiernych, czyli człowieka, czyli chrześcijańskiego przesłania.

Czym innym, jak nie grzechem arogancji jest stwierdzenie: „To było dla mnie znamienne, że od, powiedzmy, wakacji nie pojawiały się żadne artykuły w gazetach. Nie miałem żadnych telefonów, żadnych emaili, żadnych rozmów, które byłyby jakoś tam oskarżające nas. Myślę, że też emocje się nieco wyciszyły.”

Otóż, proszę księdza, były protesty, były propozycje i prośby, żeby dla dobra sprawy nagłośnienie medialne wyciszyć. Czy ksiądz o tych negocjacjach nie był informowany, nie uczestniczył w nich, nic o tym nie wiedział?

Ksiądz Jasiński w swojej wypowiedzi podkreśla zalety konsekwentnego działania, które było na tyle konsekwentne, że od samego początku ignorowało dobrą wolę wiernych, którzy słusznie, z racji składanych przez lata ofiar, czują się współwłaścicielami ośrodka. Zwyciężyła determinacja księży Marianów, równie wielka,, jak determinacja założyciela Fawley Court księdza Jarzębowskiego, z tą tylko różnicą, że pierwsi sprzedali to, co on założył wbrew wszystkim przeciwnościom losu i z pomocą wiernych.

Co stanie się z grobem ks. Jarzębowskiego na cmentarzu przy kościele św. Anny w Fawley Court i szczątkami innych zmarłych tam spoczywającymi? Co się stanie z samym kościołem? Jakie warunki, jeśli w ogóle, postawili księża Marianie w akcie sprzedaży? Za ile sprzedano obiekt wyceniany początkowo na ponad 20 mln funtów? Kto jest nowym właścicielem? Dlaczego nie ma odpowiedzi na tak ważne pytania? Kupujący zastrzegł sobie zachowanie tajemnicy transakcji, na co Marianie się zgodzili? W zwykłych umowach biznesowych stosuje się takie praktyki, ale sprzedaż Fawley Court była czymś więcej niż sprzedażą atrakcyjnej wiejskiej posiadłości. Te pytania powinien również znać nabywający. Czy księża Marianie czekają z odpowiedzią na te pytania aż emocje opadną?

Jest to kolejna gra na zwłokę, bo wszystko w końcu przycichnie, zastygnie… w symbolu, a my Marianie pozostaniemy, i nawet najwięksi nasi przeciwnicy w chwili ostatecznej będą nas potrzebować.

Grzegorz Małkiewicz






Ksiądz Jasiński o sprzedaży Fawley Court

Ksiądz Wojciech Jasiński. Fot. Anna Rączkowska
Autor: Anna Rączkowska i Piotr Dobroniak






OFICJALNE POTWIERDZENIE:
- Tak, mogę oficjalnie potwierdzić, że w połowie grudnia ubiegłego roku Fawley Court został sprzedany po dość długich negocjacjach, bo trwało to od kwietnia. Od momentu wystawienia posiadłości na sprzedaż był to czas ośmiu miesięcy.

W tym czasie nie pojawiły się niestety żadne konkretne i poważne, godne rozważenia propozycje ze strony Polonii, więc posiadłość została sprzedana na rynku nieruchomości. Niemniej jednak do końca tego roku pozostajemy w Fawley Court, gdzie będziemy starali się w miarę normalnie funkcjonować, przyjmować gości przyjeżdżających tutaj, chcących skorzystać z ośrodka, czy też różne grupy, które chciałyby skorzystać z naszych pomieszczeń. Ten czas też pozwoli nam spokojnie przygotować się na spakowanie wszystkich rzeczy i przeniesienie części naszej działalności do Londynu, na Ealing.

POZOSTANIE SYMBOL:
- Ja rozumiem, że to miejsce jako symbol dla Polonii jest ważne. Jest związane z historią, szczególnie emigracji powojennej, która tutaj przyjechała i stąd - myślę - że te emocje się biorą. Natomiast faktycznie jest to symbol, który [funkcjonuje] na zasadzie pomnika, bo naprawdę to miejsce nie jest wykorzystywane przez ludzi. Rozumiem, że też nie ma takiej potrzeby. Nie mieliśmy przez te lata grup polskich często tu przyjeżdżających. Myślę, że emocje biorą się też z pewnej niemocy, że ludzie sami nie wiedzą, po co im to miejsce jest potrzebne. Jako symbol, jako pewien znak? Więc jako symbol w historii pozostanie. Jest wiele miejsc utraconych przez Polaków na przestrzeni dziejów. Gdzieś tam we Francji, w Paryżu, w ogóle na świecie i one symbolem pozostają, symbolem pewnej obecności, znaku, że w tym miejscu mieszkał Cyprian Kamil Norwid czy Adam Mickiewicz. Te miejsca już nie są polskie. Siedziba rządu emigracyjnego, tutaj w Londynie, została sprzedana, co nie znaczy, że to miejsce, gdzie rząd był, nie jest pewnym symbolem obecności rządu emigracyjnego w Londynie.

BRAK SKRUPÓŁÓW:
- To było dla mnie znamienne, że od, powiedzmy, wakacji nie pojawiały się żadne artykuły w gazetach. Nie miałem żadnych telefonów, żadnych emaili, żadnych rozmów, które byłyby jakoś tam oskarżające nas. Myślę, że też emocje się nieco wyciszyły. Ważne jest to, że jeśli się podejmuje pewną decyzję, która dla nas i przez nas została naprawdę bardzo dobrze rozeznana, to potrzeba konsekwencji w jej realizacji. I my w tym byliśmy konsekwentni.

Pewnie, że ludzie tutaj będą się ze mną nie zgadzać. Ja to rozumiem i przyjmuję, natomiast starałem się w tych wszelkich artykułach, które pisałem czy wywiadach, których udzielałem jeszcze w czasie sprzedaży posiadłości, wyjaśniać na podstawie dokumentów, jak sprawa finansów wyglądała. Mam tę świadomość, że przez dwadzieścia kilka ostatnich lat, czyli od momentu zamknięcia szkoły, a nawet i wcześniej - szkoła została zamknięta z tego powodu, że zarówno nie było już finansów jak i chętnych polskich uczniów - czyli od początku lat 80., ta posiadłość była przez nas utrzymywana, poprzez naszą pracę, poprzez prowadzenie tego ośrodka. Jestem tutaj przełożonym od ośmiu lat i naprawdę przez te osiem lat nie doświadczyłem żadnej pomocy, która byłaby bezinteresowna, że ktoś przyszedł i dał znaczną ofiarę na to, żeby ten ośrodek mógł funkcjonować. Jeśli takiej pomocy doświadczyłem w kilku przypadkach, to akurat od Anglików, a nie od moich rodaków.

Wysłuchali:
Anna Rączkowska
Piotr Dobroniak
[śródtytuły pochodzą





Źródło: www.magazyn.goniec.com
nr.22 12 czerwca 2009



Fawley Court będzie sprzedany, nie ma od tej decyzji odwrotu – mówi w rozmowie z „Gońcem”, ks. Wojciech Jasiński, delegat Polskiego Prowincjała na UK, przełożony Domu Zakonnego w Fawley Court.

Po podjętej przez środowiska polonijne ostatniej próbie skłonienia zakonu marianów do rezygnacji ze sprzedaży ośrodka, konflikt wokół „serca polskości w Wielkiej Brytanii” odżył na nowo. W niedzielę dwa tygodnie temu ponad 1000 osób przyjechało do Fawley Court, by modlić się o zmianę decyzji księży. Polonia od chwili rozpoczęcia negocjacji w sprawie sprzedaży nieruchomości podnosi, że ma prawo współdecydować o jej przyszłości.

Zgromadzenie Księży Marianów twierdzi, że fundusze na kupno posiadłości Fawley Court pochodziły od zakonu. Polonia jest zgoła innego zdania. Emigranci upierają się, że to oni współfinansowali ten zakup. Można to jakoś wytłumaczyć?
Ks. Wojciech Jasiński: Mamy świadomość tego, że na część ziemi faktycznie była robiona zbiórka przez tak zwany Komitet Doraźnej Pomocy Gimnazjum Księży Marianów Fawley Court. Ten komitet zebrał 3200 funtów. Wzięli kredyt i później go spłacali. Zgromadzenie już miało wtedy jeden kredyt hipoteczny na 5000 funtów – zaciągnięty w Temperance Building Society, a przeznaczony na zakup głównego budynku i 27 akrów ziemi za 10750 funtów. Potem ziemia ta została przekazana Zgromadzeniu Księży Marianów bez żadnych zobowiązań, iż w momencie sprzedaży pieniądze mają zostać komukolwiek zwrócone. Niemniej jednak od początku mówiliśmy, że część funduszy ze sprzedaży udnej sytuacji mogłyby zadzwonić, przyjść, uzyskać pomoc i wsparcie. Tam łatwiej nam będzie wejść w kontakt z angielskimi organizacjami pro life.

Zysk pochodzący ze sprzedaży Fawley Court zasili sanktuarium w Licheniu?
Nie ma takiej potrzeby. Licheń finansuje teraz wiele dzieł prowadzonych przez Zgromadzenie. Oczywiście nie ma takich środków, żeby utrzymywać to miejsce. A nawet gdybyśmy je mieli, to nie rozumiemy, dlaczego mielibyśmy ładować pieniądze w budynki, jeśli misja duszpasterska tego miejsca tak naprawdę się zakończyła.

Kiedyś misją Fawley Court była edukacja młodego pokolenia. Teraz, kiedy w Anglii jest tyle małych Polaków, nie ma już takiej potrzeby?
Na pewno bardzo ważna jest edukacja młodego pokolenia Polaków, ale Fawley Court na prowadzenie prywatnej polskiej szkoły po prostu się nie nadaje. Myślę też, że prywatna, droga szkoła nie jest potrzebna. Warto zresztą przyjrzeć się chodów pochodzi od grup, które w ogóle nie są związane z chrześcijaństwem czy polskością.

Pojawiło się kilka ofert kupna Fawley Court. Chodzi mi głownie o dwie z nich. Pierwsza opiewająca na 22 mln funtów, a druga o 14 mln niższa, którą złożyła Polska Misja Katolicka w Anglii i Walii. Czy zakon przyjął tę pierwszą propozycję, dlatego że była korzystniejsza pod względem finansowym, mimo że posiadłość miała szansę pozostać w polskich rękach i dalej pełnić rolę ośrodka polonijnego?
Przede wszystkim nie mogę potwierdzić żadnych kwot, które pani wymienia. Przez prawie dwa lata prowadziliśmy negocjacje z Polską Misją Katolicką, którą już w 2006 roku poinformowaliśmy o zamiarze opuszczenia Fawley Court i sprzedaży posiadłości. Ksiądz Rektor poprosił nas wówczas o rok czasu na przeprowadzenie konsultacji ze środowiskiem polonijnym i zebranie funduszy. Zaproponowaliśmy nasze warunki, ale PMK je odrzuciła. Tak niskiej oferty nie mogliśmy przyjąć. Poza tym nie przedstawiono nam żadnego pomysłu na skuteczne i realistyczne finansowo wykorzystanie Fawley Court dla celów duszpasterskich. Jest prawo kościelne i jest prawo cywilne, którym też się posługujemy. PMK wiedziała, że w Kościele obowiązują zasady regulujące sprzedaż własności kościelnej.

Kto jest tym drugim inwestorem?
Brytyjska firma, ale nie mogę zdradzić jej nazwy.

Zapytam w imieniu protestujących. Czy są szanse, żeby Fawley Court nie został sprzedany?
Nie ma żadnych szans. Ja rozumiem, że ludziom jest to trudno przyjąć, ale w prawie angielskim jest tak, że jeśli kontrakty są wymienione, to został dokonany akt sprzedaży. Z dużym smutkiem patrzę na tę akcje, którą nam zorganizowano. Ja nie mam nic przeciwko temu, że przyjechało tysiąc osób, ale jakbyśmy ich mieli w każdą niedzielę, gdyby ten ośrodek żył, to byśmy w ogóle nie stawali przed takim wyborem. My tego nie robimy dla pieniędzy, ale oczywiście musimy być racjonalni. Wiem, że ludzi będzie gorszyło to, co mówię, ale dla mnie ważne jest też poczucie odpowiedzialności za Kościół i jego sprawy finansowe.

Kontrowersje wśród Polonii budzi też kwestia dekonsekracji kościoła św. Anny stojącego na terenie posiadłości, który poświęcił Karol Wojtyła.
To znów nieprawda. Kościół był konsekrowany przez miejscowego biskupa Charlesa Granta, ordynariusza diecezji Northampton w dniu 6 maja 1973 roku. Nie wiem, skąd ludzie wzięli ten pomysł z Karolem Wojtyłą. Być może on poświęcił jakąś ziemię czy gdzieś tam z Krakowa zrobił znak krzyża. Dekonsekracja jest trudnym momentem także dla nas. Jest w prawie kanonicznym taki kanon mówiący o tym, że jeśli jest taka potrzeba, biskup może podjąć decyzję o przeznaczeniu kościoła do celów świeckich. Dokonaliśmy rozeznania woli Bożej i podjęliśmy słuszną decyzję, choć jest ona trudna








Autor: Grzegorz Małkiewicz
Niedziela, 10 Czerwca 2009
Źródło: www.nowyczas.co.uk


Po co nam dziedzictwo narodowe ?

Nie trzeba zaglądać do słownika. Każdy chyba poprawnie odpowie, co to takiego, to dziedzictwo narodowe. Zbyt długo Polacy walczyli o jego zachowanie, o przekazanie go następnym pokoleniom. A jednak coraz częściej można odnieść wrażenie, że chociaż mówimy tym samym językiem, używamy tych samych słów, to albo słowa pozostają puste, albo nabierają innych zupełnie znaczeń.
Dziedzictwo ustępuje potrzebom bieżącym, bywa, że staje się politycznym frazesem, a coraz częściej o naszym narodowym dziedzictwie przypominają nam cudzoziemcy.

Tak było w Paryżu, gdzie byłem tuż przed uroczystościami Zielonych Świątek w Fawley Court. Upalna pogoda w tym wspaniałym mieście zmusiła mnie do wybrania opcji typowo turystycznej. Jedynym wyjściem, żeby się do końca nie ugotować w miejskim skwarze był turystyczny rejs po Sekwanie. Lewy i prawy brzeg wypełniony francuskim dziedzictwem. Pałace, muzea, historia. Nie ma wolnego miejsca, jakby kilkadziesiąt pokoleń działało w ścisłym porozumieniu na przestrzeni czasu. Wielowiekowy dorobek zgromadzony wzdłuż brzegów Sekwany. Katedra Notre-Dame, Luwr, most zbudowany z kamienia zniszczonej Bastylii, wieża Eiffela, stary dworzec zamieniony na Musée d’Orsey. W tej wyliczance nie zabrakło Hotelu Lambert. Słynnego – jak dodała młoda studentka-przewodniczka. W XIX wieku zbierały się w nim intelektualne elity Paryża, a gospodarzami byli Polacy, właścicielem książę Adam Czartoryski.

Każdy Polak uczył się o tym w szkole. Wielka Emigracja. Ale zanim stała się wielką, zaczynała podobnie jak każda, o czym książki mówią niewiele.

O Hotelu Lambert, o tym, że jest na sprzedaż podobno dowiedział się Fryderyk Chopin od francuskiego malarza Eugène Delacroix. Może pili kawę na Wyspie św. Ludwika i Delacroix wiedząc, że Polacy szukają jakiegoś miejsca, gdzie mogliby się spotykać przedstawił możliwość kupienia podupadłego trochę pałacu właśnie na tej małej wysepce sąsiadującej z większą, na której stoi Notre Dame. Fryderyk Chopin przekazał wiadomość księciu Czartoryskiemu, który zakupił pałac w 1843 roku. Taki był początek polskiej historii związanej z Hotelem Lambert. Jego salony przez ponad 100 lat gościły polityków, intelektualistów i artystów. To w nim odbywały się patriotyczne bale otwierane polonezem specjalnie na tę okazję napisanym przez Fryderyka Chopina. Hotel Lambert stał się najważniejszym salonem Paryża. Powstała w nim też szkoła i Biblioteka Polska. Pozostał własnością rodziny Czartoryskich do 1975 roku. Podobno spadkobiercy zaproponowali kupno pałacu władzom PRL, a ponieważ komuniści przyzwyczajeni byli raczej do zabierania arystokratom ich posiadłości niż kupowania od nich, możliwość zachowania dla przyszłych pokoleń tego tak ważnego dla polskiej historii miejsca nie spotkała się z zainteresowaniem krajowych władz. Pałac kupił baron Guy de Rottshild.

Kolejną okazję zmarnowaliśmy dwa lata temu. Wprawdzie ówczesny minister kultury Michał Ujazdowski wyjaśniał, że zwrócił się do barona z propozycją kupna pałacu, ale było już za późno. A jak było? Pałac za 100 mln dolarów kupił emir Kataru.

Nowy właściciel postanowił pałac przebudować, radykalnie ingerując w jego siedemnastowieczną architekturę. Pojawiły się głosy protestów ze strony historyków. W internecie można podpisać petycję – na stronach francuskich i angielskich, ale nie polskich (!). Co ciekawe, przy okazji składania petycji, na tych stronach właśnie można poczytać o naszym dziedzictwie. Dowiedzieć się czegoś o naszej historii od cudzoziemców. Polskie media zajmują się kolejną odsłoną pojedynku premier-prezydent.

I znowu coś nam nie wyszło, i nawet tego nie zauważamy. Czy można sobie wyobrazić lepsze miejsce na promocję Polski w zjednoczonej Europie, kiedy ambasady RP straciły swoje znaczenie polityczne?

Po takim doświadczeniu z tym większym zdumieniem przeczytałem po powrocie do Londynu ogłoszenie księży Marianów w „Dzienniku Polskim i Dzienniku Żołnierza”: Ponownie informujemy, że posiadłość Fawley Court została sprzedana na przełomie 2008/2009 roku, stąd nie planowaliśmy w tym roku organizowania Uroczystości Zesłania Ducha Świętego. (…)

W związku z pojawiającymi się w ostatnich dniach ulotkami i zaproszeniami do Fawley Court na Mszę św. w Zielone Świątki, uprzejmie informujemy, że ich treść nie była z nami uzgadniana, ani nawet nam przedstawiona. Pojemność kościoła św. Anny jest ograniczona, a na profesjonalne zorganizowanie i zabezpieczenie Mszy św. polowej jest już za późno. Dlatego też zachęcamy wszystkich do wzięcia udziału w Uroczystości Zesłania Ducha Świętego we własnych kościołach parafialnych.

Była to jedyna informacja podana w tej gazecie – o ulotkach Komitetu Obrony Dziedzictwa Narodowego Fawley Court informujących o mszy św. w kościele św. Anny jej czytelnicy dowiedzieli się z komunikatu księży Marianów.

Mimo wszystko jedziemy na mszę, trochę jak intruzi, wierni, którzy są niepotrzebnym obciążeniem dla księży. Czy dlatego od kilku lat nie było żadnej informacji o istnieniu Fawley Court w Polskim Informatorze? Czy była to metoda na udowodnienie sobie i innym, że Fawley Court jest już niepotrzebny Polakom. Był potrzebny, kiedy Polaków na Wyspach było około 150 tys. przestał być potrzebny, kiedy jest nas ponad milion? Frekwencja w kościołach parafialnych nie świadczy o tym, że młode pokolenie stało się niewierzące.Księża Marianie, tak jak zapowiedzieli w komunikacie, byli nieprzygotowani. System nagłaśniający nie działa, nikt jednak nie odchodzi. Wśród zgromadzonych dużo młodych ludzi, przyjechały też całe rodziny, sporo małych dzieci. Wszyscy w skupieniu uczestniczą we mszy św., zakłócanej jedynie charczącym głośnikiem. Z kazania też niewiele dociera na zewnątrz. Jest mowa o decyzjach, złych decyzjach i ludzkiej ułomności. – Módlmy się za tych, którzy takie decyzje muszą podejmować – apeluje ksiądz.

Msza św. i modlitwy skończyły się. Wierni pozostali sami. Okazały pałac zaprojeketowany przez Christophera Wrena straszył oczodołami szczelnie pozamykanych okien. Księża wycofali się do wychłodzonych salonów. Nikt jednak nie wracał do domu i przestało dokuczać poczucie bycia intruzem. Rozpoczęła się majówka.

Jak zawsze od lat 50. należało pozostać na tradycyjnym pikniku, do czego również zapraszała piękna, słoneczna pogoda. Wydawało się, że wszyscy są na tę okoliczność dobrze przygotowani. Tworzą się mniejsze i większe grupy. Prowiant dobrze zabezpieczony wędruje na prowizoryczne stoły. Na improwizowanych grilach smaży się polska kiełbasa. Swojsko i radośnie. Ludzie spacerują, grają w piłkę, podziwiająTamizę, robią zdjęcia. Może to już ostatni raz?

O mniej zaradnych zadbał osobiście pan Władysław Mleczko – właściciel sieci sklepów spożywczych. Przed jego stoiskiem (jedynym) przez cały dzień ustawiała się dłuższa lub krótsza kolejka – na brak klientów nie narzekał.

Swoje stoisko i stosowny baner ma także Komitet Obrony Fawley Court. Do podpisania deklaracji członkowskiej nie trzeba ludzi namawiać, przybywają kolejne kartki z nazwiskami i adresami. Zdaniem Komitetu nie wszystko stracone. Nie został jeszcze podpisany akt sprzedaży, tzw. complition. Chociaż dotychczasowe rozmowy do niczego nie doprowadziły, jest nadal nadzieja na kompromis, na zachowanie Fawley Court w polskich rękach.


Pani Bronisława Łada od 50 lat przyjeżdżała do Fawley Court trzy dni przed Zielonymi Świątkami, pracowała w kuchni przgotowując posiłki. Nie chce w to wierzyć, że to miejsce nie będzie należeć już do polskiej społeczności. Mikołaj z małym Frankiem byli tu po raz pierwszy. Nie mógł wyjść ze zdumienia, że Polacy tracą takie miejsce, Franek nie chciał wracać do Londynu.

Przyszłość Fawley Court to oczywiście temat wiodący wszystkich spotkań i rozmów. Zebranym trudno jest pogodzić się z decyzją podjętą przez księży. Marianie nie akceptują, że Fawley Court jest własnością wspólną, całego społeczeństwa, nie tylko religijnym, ale i narodowym sanktuarium. Nie przeszkadzają im groby założyciela Fawley Court księdza Józefa Jarzębowskiego i fundatora kościoła św. Anny księcia Stanisława Radziwiłła. Wydaje się, że według nich to, co można poświęcić, równie łatwo jest dekonsekrować, a zwłoki przenieść. Czy taka była ostatnia wola księdza Jarzębowskiego? Czy powiedziane było, szanuj wolę zmarłego?

Właśnie przy grobie księdza Jarzębowskiego duża grupa wiernych modliła się o jego wsparcie. Najstarsi pamiętali determinację i oddanie, z jaką budował ten ośrodek. Dla tych Polaków Fawley Court jest częścią ich życia. To tu przyjeżdżali od ponad 50. lat. Modlili się, wypoczywali. Czy taki dorobek można zdyskontować? Nie chcą i nie mogą uwierzyć, że do tego dojdzie.

Dzień dobiegał końca. Magia miejsca zrobiła swoje, szczególnie teraz takie poczucie wspólnoty jest potrzebne. Ludzie spotykali swoich znajomych i poznawali nowych. Nie spotkali jednak ważnych działaczy emigracyjnych i przedstawicieli władz krajowych. Choć kilka razy padły z tłumu retoryczne pytania – gdzie oni są, dlaczego ich tu nie ma?

Piękny dzień, mimo to smutny. Na koniec przypomniałem sobie Pieśń Tadeusza Borowskiego:

Nad nami noc. Goreją gwiazdy,
dławiący, trupi nieba fiolet.
Zostanie po nas złom żelazny
i głuchy, drwiący śmiech pokoleń.

Pisał to człowiek zdegradowany w czasach zniszczenia. Nam nic nie
grozi, i na własne życzenie pozbywamy się dziedzictwa narodowego. Drwiący śmiech pokoleń będzie sprawiedliwą zapłatą.

Grzegorz Małkiewicz

Fot. Adam Wojnicz





Autor: Grzegorz Małkiewicz
Niedziela, 5 lipca 2008
Źródło: www.nowyczas.co.uk


Ostatnia majówka

W niedzielę Zesłania Ducha Świętego na terenie posiadłości Fawley Court w Henley-on-Thames odbyły się coroczne obchody Zielonych Świątek. Do miejsca, które od dekad stanowiło ostoję polskości w Wielkiej Brytanii, przybyło w ten upalny majowy dzień około dwa tysiące osób. Większość z nich zupełnie nieświadoma tego, iż było to być może ostatnie takie spotkanie Polonii w miejscu o jakże wyjątkowej historii. Marianie zakończą swą misję, a posiadłość w Fawley Court zostanie sprzedana za ponad 22 mln funtów.
fot. Mikołaj Skrzypiec Tradycyjna msza święta rozpoczęła się o jedenastej. Odprawiona została przez księży Marianów i ks. biskupa Antoniego Długosza, który wygłosił kazanie. Trwająca kilkanaście minut mowa księdza biskupa napiętnowała oddalanie się Europy od Boga oraz zanik wartości moralnych u wielu z rządzących nią polityków. Tradycje bliskie każdemu katolikowi powinny być częścią europejskiej konstytucji, a odwołanie do Boga powinno znaleźć się w jej preambule - grzmiał z ambony biskup Długosz. Niech zstąpi Duch Święty i odmieni oblicze ziemi, tej ziemi! - wołał z ołtarza polowego przed kościółkiem św. Anny, cytując słynne słowa Jana Pawła II.
Pod koniec mszy świętej głos zabrał ksiądz Wojciech Jasiński. Podziękował najpierw najważniejszym ze zgromadzonych: goście honorowi tego dnia to jedynie przedstawiciele polskich władz w Wielkiej Brytanii - ambasador Barbara Tuge-Erecińska oraz konsul RP Robert Rusiecki wraz z małżonką. Przedstawicieli organizacji emigracyjnych w tym roku zabrakło. Nie było też ostatniego prezydenta II RP Ryszarda Kaczorowskiego, ani rektora Polskiej Misji Katolickiej ks. Tadeusza Kukli. Wielebny ojciec podziękował również wszystkim innym za przybycie oraz za pracę zaangażowanym w organizację tegorocznych obchodów: pomocnikom mariańskim, siostrom zakonnym, chórzystkom, paniom kucharkom, kwiaciarkom, wolontariuszom. Wszystkim tym, których bezinteresowna pomoc umożliwiła celebrację święta.pomocnikom mariańskim, siostrom zakonnym, chórzystkom, paniom kucharkom, kwiaciarkom, wolontariuszom. Wszystkim tym, których bezinteresowna pomoc umożliwiła celebrację święta.


Pół tony bigosu

- Znowu tak mało ludzi przyjechało - ubolewał ojciec Wojciech Jasiński przemawiając z ambony - a moja mama pół tony bigosu ugotowała! Znowu nie będzie komu zjeść, tak jak ostatnio! Miejcie wielki apetyt! - zapraszał do jak największego korzystania z przygotowanych posiłków, bigosu, kiełbasek, pieczonych kurczaków, ciastek i innych tradycyjnych polskich przysmaków, dostępnych w namiotach przed głównym wejściem do pałacu. Przypomniał następnie porządek dnia, wydrukowany na ulotkach i wręczany przy wjeździe na teren Fawley Court. Poza główną mszą o godz. 11.30, o 15.00 odbywała się adoracja w kościele, równolegle do spowiedzi świętej. O godz.15.30 projekcja filmu o beatyfikacji założyciela zakonu Marianów, Stanisława Papczyńskiego. O tej samej porze rozpoczynało się też losowanie nagród loterii apostolatu. O 16.00 różaniec, później kolejne msze święte. W tym bardzo napiętym programie dnia znalazło się jeszcze jedno wydarzenie, którego nie było na wydrukowanych programach. O 15.00 odbędzie się rozmowa o Fawley Court, z ojcem Pawłem Naumowiczem, prowincjałem księży Marianów. - Zainteresowanych tą rozmową zapraszamy do sali św. Faustyny, to ta ostatnia sala za barakami. Życzę wszystkim smacznego ! - powiedział ojciec Jasiński, kończąc nabożeństwo w skwarze majowego słońca. I dodał, że nie wydrukowano tego punktu programu w ulotkach, bo o takim spokaniu zadecydowano rzekomo w ostatniej chwili, choć już w wywiadzie udzielonym „Nowemu Czasowi, ksiądz Jasiński o takim spotkaniu wspominał.

Patrzcie co dobrego narobiliście

Godz. 13.00. Marianie podejmują gości honorowych na salonach. Przed głównym wejściem, na dziedzińcu ktoś coś mówi do kamery, ktoś się przysłuchuje. - Tu nie wolno nic filmować ani nic nagrywać! - oznajmia wychodząc do dwójki dziennikarzy ksiądz Jasiński. - Ktoś was tu zapraszał? Proszę się tu nie kręcić, nie ma pozwolenia na zdjęcia. Patrzcie, co dobrego już narobiliście - dodaje wskazując na grupkę ludzi zgromadzonych poniżej pałacowego tarasu.

Na prawo od stoiska z pamiątkami Radia Maryja, dwa wbite w ziemię transparenty z napisami Fawley Court jest nasz i Nie oddamy Fawley Court. Obok stolik, na nim jakieś papiery, egzemplarze „Nowego Czasu” z artykułami na temat sprzedaży Fawley Court. Kilka osób dyskutuje z zapamiętaniem. Wracający z mszy świętej ludzie zwalniają kroku, niektórzy podchodzą bliżej, grupa powoli się powiększa.
Organizatorki protestu, Krystyna Stevenson i Hanna MacCluskey zbierają podpisy pod petycją: sprzedaż Fawley Court musi być zatrzymana! Chociaż nie wiadomo, co to zmieni, trzeba to zrobić. Niezrażone panie przekonują kolejne osoby. Podczas całego dnia zebrano prawie 600 podpisów, lista wciąż się powiększa. - Najważniejsze było jednak to, że dzięki nim wiele osób dowiedziało się, że coś się dzieje - mówi Iwona, która zaledwie drugi raz odwiedziła posiadłość, bo to „fajny piknik”. - Tak nic bym nie wiedziała! Ani o sprzedaży, ani o tym spotkaniu, co ma być później. Muszę powiedzieć rodzicom, nie uwierzą ! Sama może przyjdę, zobaczę co mówią - dodaje.
Starsza kobieta przy namiociku Radia Maryja patrzy z potępieniem w oczach.


fot. Mikołaj Skrzypiec

Twoją wolę przyjęli i ją wypełnili

- Dla wielu to doroczne święto jest niczym więcej niż piknikiem w sielankowej scenerii. Nie zdają sobie sprawy nawet z istnienia Fawley Court na polskiej mapie w Wielkiej Brytanii- twierdzi jedna z pań, które spędziły większość swojego życia bywając regularnie w ośrodku. - Jakie oni mają prawo, by teraz mówić, że to ich i że nie oddadzą? To jakaś kpina jest!
Podobnego myślenia zdają się być Marianie, którzy zapowiedziane na 15.00 spotkanie zwołali, by odpowiedzieć na wątpliwości: dlaczego, kiedy, komu, ale przede wszystkim: jakim prawem?
Ojciec Paweł Naumowicz, prowincjał Marianów chce wyjaśnić te kwestie. Do rozgrzanej słońcem i nieludzko dusznej sali św. Faustyny przybywa coraz więcej ludzi. Spotkanie ksiądz Paweł rozpoczyna modlitwą: …daj nam Panie odwagę do podejmowania trudnych decyzji. Daj, abyśmy zrozumieli siebie nawzajem. Udziel nam tych darów, których udzieliłeś apostołom, dzięki którym zrozumiały ich wszystkie narody. Abyśmy siebie nawzajem wysłuchali, zrozumieli; a dalej Twoją wolę przyjęli i ją wypełnili. Amen. - Usiądźmy - kończy.
- Spotkanie nie powinno trwać dłużej niż godzinę, może uda się szybciej, ale chcę dać szansę na wypowiedzi państwa - mówi ksiądz Naumowicz do ponad 150 osób na sali. Jako pierwszą postanowił rozwiązać kwestię muzeum ks. Jarzębowskiego które przeniesione zostało do Lichenia. Prawie natychmiast pojawiły się pierwsze wątpliwości: - Kto wam dał prawo o tym decydować, dlaczego to od nas zabierać?! - słychać kolejne głosy z sali. - Kto wydał taką decyzję? Dlaczego nic nie było o tym wiadomo, nikt nic nie mówił? Polonia w desperacji domaga się wyjaśnień. Stopniowo przybywa więcej ludzi, wraz z nimi kolejne historie i kolejne pytania. Niektóre odpowiedzi budzą silne niezadowolenie . Gdy ksiądz mówi, że przeniesione do Polski muzeum to własność Zgromadzenia, publika reaguje krzykiem. W Licheniu obejrzy je miliony osób, a w Fawely Court robiło to jedynie 400.

Krótka historia dobrych pomysłów

Polacy przekrzykują siebie nawzajem jak i trójkę księży. Atmosfera staje się coraz gorętsza, niektórym pękają nerwy. Inni zabierają głos, by uciszać resztę. Młody człowiek w okularach przeciwsłonecznych wkracza ostro do akcji krzycząc: - Nie zachowujmy się jak Polacy! Oburzeni starsi chcą, by mu zabrać mikrofon. Inni mają pytania do Marianów. Pytań jest wiele. Przedłużające się rozmowy powoli wystawiają cierpliwość zakonników na próbę. Zaplanowany porządek rozmów poległ na samym początku, a końca nie widać. Prawo do sprzedaży jest. Marianie są właścicielami, mają zatem prawo pozbyć się majątku. Czemu nie przekazać innemu zakonowi? - pyta jedna z pań. - Może ktoś inny będzie lepiej gospodarzył, jak wy nie umiecie? Czemu się najpierw nie zapytać? Co z poświęceniem ludzi, którzy pracowali tu ochotniczo na samym początku? 60 osób tu było, przynajmniej, i to nie tylko Polaków - mówi trzęsącym się głosem weteran II wojny światowej. Nie da się jakoś tego zatrzymać, tej sprzedaży? - pytają inni. Niestety, zatrzymać się już nie da - mówi ksiądz Paweł Naumowicz - ale jesteśmy otwarci na propozycje i projekty. Można je składać do 27 czerwca. Jeśli ktoś sądzi, że ma dobry realny pomysł, to my go wysłuchamy. Ważne by był oparty na jakiś podstawach finansowych. Czy organizacje polonijne dysponują takimi pieniędzmi? Nie sądzę. Zjednoczenie Polskie ma podobno jakąś propozycję, ale z tego co wiem, nawet ich tu dziś nie ma.

Milioner wyjęty z kapelusza

Marianie nie biorą pod uwagę przekładania terminu składania ofert o kolejne kilka miesięcy, co zaproponował jeden z uczestników spotkania. - Skoro dowiedzieliśmy się o sprzedaży tak późno, to może można przesunąć termin przynajmniej o sześć miesięcy - pytał z nadzieją w głosie. Chcąc ocalić ośrodek, Polonia musiałaby działać szybko, ale to dałoby jej możliwość opracowania jakiegoś planu ratowania tego miejsca. - Przesunięie termminu spowodowałoby spadek wartości o 10 mln funtów - mówi ks. Naumowicz. Na sali śmiech. - Może się jakoś ich uda przekonać? - debatuje przy wejściu do sali dwóch panów, słuchają rozmów i palą papierosy. - Może się opamiętają, jakoś to będzie, tylko trzeba zebrać te pieniądze - dodają.
- Od podjętych postanowień nie będzie ustępstw - podkreślają Marianie. Kolejne osoby zadają pytania, jednakże spotkanie przedłużone przez determinację wielu osób nieuchronnie dobiega końca. Głos zabiera jeszcze jedna osoba. Przedstawia się tak: przedsiębiorca, deweloper, miłośnik sztuki. Złożył już oficjalną ofertę kupna majątku. Chce zmienić Fawley Court, stworzyć miejsce, które pozostanie dostępne dla Polaków za darmo, utrzymać tradycje, powiększyć kościół, wyremontować niszczejące zabudowania. Może jakąś scenę dałoby się wybudować, nawet operową, jak się uda. Sprawić, by miejsce odżyło, ale i zaczęło na siebie zarabiać, bo to jedyna szansa na jego utrzymanie. Ma doświadczenie, pomysł i środki. Publiczność jest zachwycona.
- Czy mam wasze poparcie? - pyta Jan Żyliński, a sala reaguje gromkimi brawami. Wszyscy odetchnęli z ulgą, choć jeszcze nic nie jest przesądzone. Jego oferta będzie rozpatrzona, Marianie na pewno wezmą pod uwagę złożone publicznie przez Jana Żylińskiego obietnice. Spotkanie kończy się nieco później, pomimo protestów i nierozwianych wątpliwości.
- Przykro mi. Nie możemy odpowiadać na następne setki pytań - przerywa ks. Naumowicz. Trzej księża wstają równocześnie wypowiadając formułę na zakończenie: Chwała Ojcu i Synowi i Duchowi Świętemu.

Polonia odpowiada bez przekonania. Część podeszłych wiekiem ludzi wychodząc komentuje spotkanie: - Na co to całe gadanie było, jak i tak to sprzedadzą. Człowiek nic tu już nie zrobi. Po co to było?

Mikołaj Skrzupiec



Autor: Anna Rączkowska i Piotr Dobroniak
Niedziela, 18. Styczeń 2009
Źródło: www.nowyczas.co.uk


OFICJALNE POTWIERDZENIE:
- Tak, mogę oficjalnie potwierdzić, że w połowie grudnia ubiegłego roku Fawley Court został sprzedany po dość długich negocjacjach, bo trwało to od kwietnia. Od momentu wystawienia posiadłości na sprzedaż był to czas ośmiu miesięcy. W tym czasie nie pojawiły się niestety żadne konkretne i poważne, godne rozważenia propozycje ze strony Polonii, więc posiadłość została sprzedana na rynku nieruchomości. Niemniej jednak do końca tego roku pozostajemy w Fawley Court, gdzie będziemy starali się w miarę normalnie funkcjonować, przyjmować gości przyjeżdżających tutaj, chcących skorzystać z ośrodka, czy też różne grupy, które chciałyby skorzystać z naszych pomieszczeń. Ten czas też pozwoli nam spokojnie przygotować się na spakowanie wszystkich rzeczy i przeniesienie części naszej działalności do Londynu, na Ealing.

POZOSTANIE SYMBOL:
- Ja rozumiem, że to miejsce jako symbol dla Polonii jest ważne. Jest związane z historią, szczególnie emigracji powojennej, która tutaj przyjechała i stąd - myślę - że te emocje się biorą. Natomiast faktycznie jest to symbol, który [funkcjonuje] na zasadzie pomnika, bo naprawdę to miejsce nie jest wykorzystywane przez ludzi. Rozumiem, że też nie ma takiej potrzeby. Nie mieliśmy przez te lata grup polskich często tu przyjeżdżających. Myślę, że emocje biorą się też z pewnej niemocy, że ludzie sami nie wiedzą, po co im to miejsce jest potrzebne. Jako symbol, jako pewien znak? Więc jako symbol w historii pozostanie. Jest wiele miejsc utraconych przez Polaków na przestrzeni dziejów. Gdzieś tam we Francji, w Paryżu, w ogóle na świecie i one symbolem pozostają, symbolem pewnej obecności, znaku, że w tym miejscu mieszkał Cyprian Kamil Norwid czy Adam Mickiewicz. Te miejsca już nie są polskie. Siedziba rządu emigracyjnego, tutaj w Londynie, została sprzedana, co nie znaczy, że to miejsce, gdzie rząd był, nie jest pewnym symbolem obecności rządu emigracyjnego w Londynie.

BRAK SKRUPÓŁÓW:
- To było dla mnie znamienne, że od, powiedzmy, wakacji nie pojawiały się żadne artykuły w gazetach. Nie miałem żadnych telefonów, żadnych emaili, żadnych rozmów, które byłyby jakoś tam oskarżające nas. Myślę, że też emocje się nieco wyciszyły. Ważne jest to, że jeśli się podejmuje pewną decyzję, która dla nas i przez nas została naprawdę bardzo dobrze rozeznana, to potrzeba konsekwencji w jej realizacji. I my w tym byliśmy konsekwentni.

Pewnie, że ludzie tutaj będą się ze mną nie zgadzać. Ja to rozumiem i przyjmuję, natomiast starałem się w tych wszelkich artykułach, które pisałem czy wywiadach, których udzielałem jeszcze w czasie sprzedaży posiadłości, wyjaśniać na podstawie dokumentów, jak sprawa finansów wyglądała. Mam tę świadomość, że przez dwadzieścia kilka ostatnich lat, czyli od momentu zamknięcia szkoły, a nawet i wcześniej - szkoła została zamknięta z tego powodu, że zarówno nie było już finansów jak i chętnych polskich uczniów - czyli od początku lat 80., ta posiadłość była przez nas utrzymywana, poprzez naszą pracę, poprzez prowadzenie tego ośrodka. Jestem tutaj przełożonym od ośmiu lat i naprawdę przez te osiem lat nie doświadczyłem żadnej pomocy, która byłaby bezinteresowna, że ktoś przyszedł i dał znaczną ofiarę na to, żeby ten ośrodek mógł funkcjonować. Jeśli takiej pomocy doświadczyłem w kilku przypadkach, to akurat od Anglików, a nie od moich rodaków.

 Komitet Obrony Dziedzictwa Narodowego Fawley Court, , e-mail: savefawley@hotmail.com
netBOX - Systemy internetowe